bajka 7, klub polek na obczyźnie, Martyna Skura

Bajka 7 – Tam, gdzie mieszkają słonie.

Poniższy post powstał w ramach projektu „BAJKI TYSIĄCA I JEDNEJ POLKI” Klubu Polki na Obczyźnie, który dedykowany jest Karince oraz jej siostrze Ali. Dziewczynki aktualnie nie mają możliwości by podróżować, dlatego zabieramy je w baśniową podróż po świecie z dziecięcych snów.

„Istnieje mapa bez krańców świata – są na niej wszystkie kontynenty, miasteczka i wsie, ale jako że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce.
Byli tacy, którzy próbowali przedostać się mapą na skróty na Wielką Rafę Koralową u brzegów Australii, na szczyty Himalajów, a nawet do sklepu obuwniczego dwie przecznice dalej. Te próby jednak kończyły się fiaskiem, bo żaden ze śmiałków nie odkrył, że na wyprawę mogą wybrać się tylko dzieci. Czternastoletnia Ala i jej ośmioletnia siostra Karina poznały także inny sekret mapy – nie da się nią podróżować w pojedynkę. Dziewczynki dobrze wiedzą, że trzeba razem usiąść na wygniecionym papierze i mocno złapać się za ręce i dopiero wtedy otworzy się przed nimi droga. Dokąd tym razem? Jak zwykle tam, gdzie ktoś na tę dwójkę będzie czekał. Tak jak tutaj.”

Bajka 7 – Tam, gdzie mieszkają słonie.

Ala zawsze chciała zobaczyć słonia. W dzieciństwie oglądała Dumbo Walta Disneya chyba ze 100 razy. Tyle zdjęć widziała. Była nawet kiedyś w zoo. Ale te słonie są takie spokojne. A Ala chciała się z takim słoniem pobawić, pobiegać, nakarmić.

Światło wpadało do pokoju dziewczynek. Promień słoneczny padł na twarz Ali a jej blond włosy wyglądały teraz jak złote nici. Na drugim końcu pokoju stało łóżko Kariny, która jeszcze smacznie spała.

Karina w sekundę obudziła się, zerwała z łóżka i krzyknęła:

– Ala! Czas na nową przygodę!

Ich podróżne plecaki leżały pod ścianą. Zawsze były gotowe. Miały tam najbardziej potrzebne rzeczy, bo przecież nigdy nie wiadomo, gdzie mapa je zaprowadzi.

Gdy siadały na mapie ze szczupłej dłoni Ali zsunęła się bransoletka ze słoniem. Pomyślała wtedy:

– Ale byłoby fajnie zobaczyć słonia.

Dziewczynki od razu poczuły gorące powietrze i pot spływający po ich ciele. Wdychające powietrze było inne niż do tej pory znały. Świeże, pozbawione spalin, zapachów ulicy. Zastanawiały się, gdzie mogą teraz być.

Otworzyły oczy. Kolorowe mrugające plamki: czerwone, niebieskie, żółte. Na około nich latało mnóstwo motyli. Delikatne skrzydełka łopoczące na głowach dziewczynek wyglądały teraz jak żywe wianki.

Stały w środku polany, w dżungli. Wielkie zielone liście nad ich głowami chroniły je od słońca. Dżungla żyła. Mrówki, jaszczurki, pająki poruszały się po drzewach tak szybko i sprytnie, że oczy dziewczynek nie mogły za nimi nadążyć. Śpiewające ptaki, łopot ich skrzydeł, szum strumienia i inne dźwięki, których do tej pory nie znały. Stały w środku tajskiej dżungli. Ale jeszcze nie wiedziały co na nie tutaj czeka.

tajlandia, khao sok

Nagle coś poruszyło się w krzakach. Motyle spłoszyły się i odleciały. Dziewczynki wzdrygnęły się i ciarki przeszły im po plecach. Odgłosy zaczęły być coraz głośniejsze.

Karina rozejrzała się na około i szybko chwyciła najbliższy długi patyk. Już się szykowała, aby w te krzaki wskoczyć. Jednak spokojna Ala, zawołała:

– Halo, czy jest tam kto?

Nikt nie odpowiedział, a odgłosy były coraz głośniejsze.

-Hallo? Czy jest tam kto? Kto tu idzie?!

Nadal nic. Ala zrobiła krok w tył a Karina stała tam z wielkim badylem, nie wiedząc czego się spodziewać.

Liście szeleściły, poruszały się. Słychać było odgłos ciętych liści i pękających gałęzi. Coś wynurza się zza krzaków. Mignęło im coś błyszczącego. To maczeta, długi nóż ze srebrnym ostrzem do cięcia gałęzi w dżungli. Zaraz za maczetą wydać było ciemną rękę. Nagle im oczom ukazał się chłopiec. Wychodząc z zarośli musiał strząsnąć liście ze swoich ciemnych kręconych włosów, bo cały czas na niego spadały. Jemu też musiało być bardzo gorąco, bo chodził bez koszulki.

-O! Hi! How are you?

Powiedział widząc dziewczynki.

Karina nadal stała z kijem, Ale nie mogła uwierzyć własnym oczom. Spodziewała się co najmniej lwa albo tygrysa. A tu mały chłopiec wychodzi z za krzaków a w ręce trzyma maczetę, która wydaje się być większa od niego samego.

-Hi! What’s your name?

Chłopiec znów zapytał cały czas się uśmiechając. Karina opuściła badyl, a Ala zrobiła nieśmiały krok do przodu.

– My name is Ala.

– My name is Karina.

Dziewczynki powiedziały, po angielsku, który znały ze szkoły.

– My name is Tun. Come, come.

Odparł chłopiec i pomachał zachęcająco ręką. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Dziewczynki poczuły, że mogą mu zaufać. W końcu wyglądał na ich wiek i był przyjazny.

Przedzierały się przez puszczę, odgarniając liście. Tun szedł przed nimi i odcinała większe gałęzie tak aby dziewczynki mogły przejść. Chłopiec zatrzymał się. Z zza jego pleców i drzew nie wiele było widać. Dziewczynki podskakiwały, aby zobaczyć co się stało.

dżungla, tajlandia

Tun odwrócił się, i znów powiedział:

– Come, come.

Dopiero wtedy Ala i Karina zobaczyły łódkę na wąskiej rzece. Typowa dla Tajów drewniana łódź z kolorowymi szarfami na rufie.

Dziewczynki weszły na nią. Tun odpalił silnik i po chwili płynęli już po wąskiej rzece. Ala próbowały przypomnieć sobie po angielski jak się zapytać „Dokąd płyniemy?” ale Tun chyba też nie wiele mówił w tym języku. Rozmowa na migi dobrze im szła.

Za zakrętem ukazało się wielkie jezioro. Turkusowa woda odbijała światło tak, że było widać dno i wszystkie pływające ryby. Otoczone było olbrzymimi górami. Wyglądało jakby znalazły się w Himalajach, tylko, że bez śniegu.

dzungla w Tajlandi, tajlandia, khao sok dzungla w Tajlandi, tajlandia, khao sok

Na jednym z brzegów Ala coś zobaczyła.

-Karina, patrz. Co to może być?

-hmmm… wiesz nie wiem. Ale poczekaj, przecież mamy lornetkę!

Karina szybko skoczyła do swojego plecaka, wyciągnęła czarny futerał i przyłożyła lornetkę do oczu. Teraz dopiero wyglądała jak podróżniczka i naukowiec w jednym.

– To są …domki na jeziorze! Popatrz!

Ale szybko chwyciła lornetkę, bo nie mogła uwierzyć, że na jeziorze mogą być domki. Rzeczywiście. To były małe bambusowe chatki. I wszystko wskazywało na to, że właśnie tam płynie Tun.

chatki na jeziorze, tajlandia, khao sok

Dobili do brzegów. Zsiedli z łodzi. Powitała ich pani o podobnym do nich wzroście. Złożyła ręce jak do modlitwy i ukłoniła się w tradycyjny tajski sposób.

– This is my mother. – powiedział Tun

Dziewczynki dostały lokalny przysmak: mango z ryżem i mleczkiem kokosowym. Już miały jeść, gdy nagle usłyszały odgłos tłuczonego szkła i krzyk mamy Tuna. Zdarzyły się obrócić i zobaczyły jak mama Tuna biegnie z miotłą i strąca wszystkie szklanki ze stołów. Dopiero po chwili zorientowały się, że ona coś lub kogoś goni. Nie widziały tylko co takiego. Nagle coś wskoczyło na ich stół. W pierwszej chwili myślały, że to kot. Widziały tylko futro i ogon. Ale stworzenie odwróciło się do nich pyskiem.

– Małpa! – krzyknęła Ala!

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo właśnie ta małpa zabrała jej mango z talerza. Jeden kawałek włożyła sobie do pyszczka a drugi trzymała w ręku. Mama Tuna już zamachiwała się swoją miotłą na małpę, gdy ta nagle zeskoczyła. Przebiegła po podłodze, wskoczyła na barierkę, przeskoczyła na brzeg jeziora i pobiegła w las. Karina odruchowo pobiegła za nią. Za nią Ala, a za nią Tun. Chłopiec krzyczał coś po tajsku, ale dziewczynki nie zwracała na niego uwagi. Wiedziały, że jeśli się odezwą stracą małpę z oczu i nigdy jej nie dogonią.

Karina przedarła się przez zarośla, żeby nie zgubić tropu po małpie. Ale była tuż za nią. Nagle wybiegły na polanę. Zamarły. Im oczom ukazało się wielkie zwierze. Szare i pomarszczone. Widziały tylko jego tył. Zrobiły parę kroków, obeszły go na około. Nie wierzyły własnym oczom. To był słoń! Żywy, dziki, żyjący w dżungli.

Słoń obrócił się w ich stronę, a Ala zauważyła, że coś siedzi na jego głowie. To ta sama małpa, która ukradła ich mango. Teraz siedzi na słoniu i daje mu kawałki owoców.

Gdy Tun dobiegł do Ali i Kariny od razu rozpoznał małpę i słonia – lokalnych łobuzów.

słoń w tajlandii, tajlandia

Dziewczynki spędziły cały dzień z Tunem, słoniem i małpą. Skakali do rzeki, kąpali słonia, karmili owocami znalezionymi w dżungli. Tun pokazał im jak wygląda świeże mango na drzewie, czym różni się zielona od pomarańczowej papai, jak wygląda smoczy owoc i pomelo. Dziewczynki zajadały się każdym z nich.

Gdy słońce schowało się za drzewa, Karina wiedziała, że czas się pożegnać. Na dowidzenia Tun uplótł dziewczynkom bransoletki z krwisto-czerwonych kwiatów, aby nigdy nie zapomniały tego dnia. Słoń po raz ostatni podniósł je na swojej trąbie.

Było już widać gwiazdy, kiedy dziewczynki usiadły na mapie. Następne co pamiętają to ich własny pokój, gdy obudziły się rano.

Ala nie była pewna czy to był sen czy naprawdę były w dżungli i bawiły się ze słoniem. Czerwona bransoletka na nadgarstku wyjaśniła wszystko.

 

Reklamy

One thought on “Bajka 7 – Tam, gdzie mieszkają słonie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s