Khao Sok, Khao Sok National Park, Tajlandia, łodzie w Tajlandii

Pokonać swoje lęki w Tajlandii, czyli wyprawa do Parku Khao Sok.

Sobota rano. Słońce dopiero co świta, a mnie nudzi przeraźliwie piskliwy dźwięk budzika. – Gdzie ja jestem? – myślę. Otwieram jedno oko, a tam drewniany dach, moskitiera, ptaki już też o sobie dają znać zwiastując nowy dzień. – Gdzie ja jestem? – mówię prawie na głos otwierając drugie oko. Spoglądam na stolik koło łóżka i tam znajduję odpowiedź – mapę Tajlandii. Nagle wszystko staje się jasne. Przez kolejne dni czeka mnie trekking po dżungli i odkrywaniu jaskiń,

Nigdy wcześniej nie byłam w dżungli,ani nie wchodziłam do głębokich jaskiń. Nigdy również nie przypuszczałam, że to się kiedyś wydarzy. Że zbiorę w sobie tyle odwagi, żeby spróbować. Podstawową przeszkodą jest mój nieokiełznany lęk przed ciasnymi przestrzeniami i ciemnością. Czy jaskinie to właśnie takie miejsca? Głupie pytanie. Tajlandia to jednak zmieniła.

Lecz zacznijmy od początku. Bangkok, Koh Phi Phi, Koh Tao, Chiang Mai – lista  tajskich”must see” jest bardzo długa. Jest na niej także Kho San Road. Wcale nie jestem taka pewna, czy więkoszość turystów, a w tym i ja, zakochuje się w tym kraju widząć właśnie to miejsce. Uważam, że jest na odwrót. Jednak należy pamiętać, że duża część ludzi przyjezdża tylko po to żeby „zaliczyć”, a potem móc powiedzieć: „Veni vidi, vici”. Ja z pewnością do tej grupy nie należę. Może dlatego miejscem, do którego wracałabym w każdej chwili, to Khao Sok National Park w prowincji Surat Thani. Jest to obszar objęty ochroną, który składa się z prawie 720 km2 jezior, gór, dżungli zamieszkanych przez niezliczone gatunki owadów, płazów, gadów i ssaków. Tym samym jest to idealne miejsce na przezwyciężenie swoich leków, czyż nie?

Jak już ostatecznie doszłam do siebie i odszukałem się na mapie otaczającej mnie rzeczywistości, rozpoczęłam przygotowania do kilkudniowej wyprawy. Oczywiście na taką przygodę po dziczy nie chciałam jechać w pojedynkę, więc… towarzyszyła mi Laura – moja współtowarzyszka licznych i szalonych wypraw po kraju w kształcie głowy słonia.

Spakowane i gotowe na nowe doświadczenia czekałyśmy na przewodnika. Zjawił się po jakichś 15 minutach. Zdecydowanie nie wyglądał jak rasowy globtorter. Na nogach japonki, a na plecach wielki, tradycyjny, tajski, do tego wykonany bambusem, tatuaż. A do tego palił jak smok. – Ahoj przygodo! – myślę i wskakujemy na pakę song tao.

Po drodze zgarnęliśmy jeszcze dwoje Kanadyjczyków i jednego Brytyjczyka. Po prawie godzinie jazdy wśród stromych gór, lasów i zapierających dech w piersiach widoków, wjechaliśmy do parku narodowego. Tam czekała nas przesiadka na tradycyjne w Tajlandii long tail boats. Nasz kapitan? Nie znał słowa po angielsku, ale ważne, że wiedział, jak ma dotrzeć do naszej osady. Płyńmy!

Jedna z wielu zatoczek w Parku Khao Sok.

Jedna z wielu zatoczek w Parku Khao Sok.

Po chwili z daleka było widać domki na jeziorze. Jak z bajki, jakie wcześniej widziałam w Internecie. Rząd chatek wybudowanych na palach, snujących się po górskim jeziorze o głębokości nawet do 70 metrów. Wokół nas było także kilka innych łódek z turystami. Wszyscy jak jeden mąż wyjęli swoje iPhone’y i zaczęli robić zdjęcia. Ja podziwiałam widok. Wiedziałem, że będzie jeszcze czas na zdjęcia. A to pierwsze wrażenie, ten widok przede mną – to było bezcenne. Chwila, którą chciałam chłonąc i zapamiętać jak najdłużej.

Jezioro w parku powstało na skutek wybudowania tamy i zatopienia wiosek w tym rejonie. Zatem sam kształt jeziora przypominał kleksa z wieloma odnogami, niczym geometria fraktalna. W zasadzie wszędzie w parku należy poruszać się wodą, dlatego zawsze lepiej wynająć przewodnika i kapitana z łodzią. Nie jest to jednak jedyny powód. Nasz urodził się w tym miejscu i tu wraz z ojcem oraz wujkiem poznawał dżunglę, a także jej mieszkańców. Znał każdy zakamarek tej dżungli, umiał wypatrzeć zwierzęta, których my nigdy byśmy sami nie zauważyli. Nawet opowiedział nam mrożącą w żyłach historię historię, jak jego ojciec polował kiedyś na tygrysy i zdecydowanie nie przypominała ona tych, jak poluje się na sarny, dziki, czy inne znane nam europejskie zwierzęta.

DSC_0219 DSC_0173 DSC_0206

Powróćmy jednak do naszej przygody. Na rozgrzewkę, a w zasadzie bardziej dla ochłody, skorzystałyśmy z urokliwego zakątka kawałek za osadą i wskoczyłyśmy do turkusowej wody. Pływaczka ze mnie nie najlepsza, ale nie mogłam sie oprzeć! Mając świadomość otchłani pode mną nieco zwątpiłam w swoje i tak mizerne umiejętności. Na całe szczęście Laura była odważna za nas obie. Ona po prostu kocha wodę i dobrze jej szło uspokajanie mnie. To naprawdę niesamowite przeżycie móc zamoczyć swoje ciało właśnie w takich miejscach.

Po krótkiej kąpieli przyszedł czas na trekking, bujanie się na lianach, robienie piszczałek z bambusa i bieganie wśród kolorowych motyli i wiele innych fascynujących zajęć. Jednak czas jaskiń w końcu też musiał nastać. Stojąc u progi pierwszej myślałam – To koniec. Już po mnie.

DSC_0187

Nawet nie pamiętam momentu, kiedy przekroczyłam jej próg. Ku mojemu zaskoczeniu oprócz pająków, żab, jaszczurek i innych mieszkańców groty, było w niej także pełno wody. Lodowatej! Aby móc przedostać się dalej trzeba było przepłynąć w niej kilka metrów. W porównaniu do idyllicznego moczenia ciała w górskim jeziorze, to doświadczenie wydawało się znacznie mniej przyjemne. Co jakiś czas dochodził do mnie głos osoby w okół, która we własnym języku przeklinała moment, kiedy zgodziła się na tę wyprawę.

Zagryzając zęby, wrzuciłam plecak na głowę, latarkę na czoło i zanurkowałam. Czy się bałam? Szczerze, to myślę, że byłam tak zaaferowana zimnem oraz chęcią dotarcia do następnego brzegu tak mocno, iż lęk gdzieś zniknął. W przeciwieństwie do Laury, która zaraz po wejściu do wody odkryła, że jednak nie jest tak jak myślała. Brak naturalnego światła, małe przestrzenie i przejmujący chłód prawie ją zmroził. Na całe szczęście drugi brzeg był blisko. Dotarłyśmy obie. Z bananami na twarzy. Zadowolone i czujące się jak Indiana Jones w spódnicy. Jednym słowem jak dwie Lary Croft.

Druga jaskinia, przez którą się przedzieraliśmy była olbrzymia. Prawie jak podziemna katedra w niej  roiło się od nietoperzy. Dźwięk ich charakterystycznego pisku roznosił się po całej przestrzeni, tak że po krótkim czasie myślałam, że ogłuchnę. Jednak najgorsze było dopiero przede mną. Jak już przyzwyczaiłam się do piskliwej rzeczywistości, moje zmysły zwróciły moją uwagę na przyjemną, lekką bryzę, która otulała moje nogi i stopy. Światło latarki odsłoniło przede mną nagą prawdę. A raczej pajęczą. Po dnie jaskini biegały i skakały małe pająki.

DSC_0266

Uważam, że jak na mój pierwszy raz to i tak dzielnie stawiłam czoło moim lękom. Myślcie, co chcecie, ale ja jestem z siebie dumna.

Dżungla zaoferowała nam wiele. Nie tylko przezwyciężyłam swoje lęki, ale też zabrałam kilka wspaniałych pocztówek, które na zawsze pozostaną w mojej głowie. Małpy i gibony poszukujące śniadania, czy dzioborożce wieczorem nad drzewach tuż nad taflą wody to tylko niektóre z tych wspaniałości. Przygoda trwała jedynie dwa dni, lecz przez ilość nagromadzonych zajęć i wrażeń ma się wrażenie jakby to był tydzień. Z kolei tydzień nie wystarczyłby na poznanie tego miejsca w pełni i skorzystania z wszystkich jego uroków. Dlatego właśnie jest to idealnie miejsce, do którego chętnie bym wracała i czerpała z niego jak najwięcej.

 

Więcej praktycznych informacji na temat parku narodowego, wycieczek, miejsc wartych zobaczenia, rezerwacji i cen możecie znaleźć na http://www.khaosok.com/

Polecam nocleg w Ban Khao Sok. Tam właściciele pomogą Wam wybrać co warto zobaczyć, jakie są możliwości i co możecie zrobić w zależności od tego ile macie czasu. Pamiętajcie, że płacąc za wycieczkę /wyjazd/przewodnika trzeba doliczyć dodatkowe 200 Bahtów za wejście do Parku Narodowego. Płaci się przy przystani.

Reklamy

14 thoughts on “Pokonać swoje lęki w Tajlandii, czyli wyprawa do Parku Khao Sok.

  1. w Tajlandii nie byłam, ale od jednej znajomej słyszałam, że właśnie Khao Sok to najfajniejsze miejsce w całej Tajlandii 🙂 bardzo mi się podoba, że zamiast stricte opisywać miejsce, opisałaś swoje wrażenia i przezwyciężanie lęków. oby tak dalej! 😉

  2. O proszę, też nie znoszę ciasnych pomieszczeń. Zdaje się, że to w słoweńskich jaskiniach również musiałam się przetestować. Grunt to odwaga i dobre nastawienie- klaustrofobia nadal w mniejszym lub większym stopniu daje o sobie znać, ale jak sobie powiedziałam, że mam się przeciskać przez te szczeliny i koniec, tak też zrobiłam 🙂

  3. Pingback: 365…co dalej? | Podróże Obieżyświatki

  4. Pingback: 365…co dalej? – Life in 20 kg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s